1
Sen nocy letniej - letnie trocie, p2
Napisane przez
Kuba Standera
,
02 sierpień 2013
·
2862 Wyświetleń
Kilka dni deszczu dźwignęło rzekę.
Woda z krystalicznie czystej mineralki zamieniła się w dobrą herbatę.
Czyli co, wpadamy do troci na herbatę?
Pewnie!
Zaraz po 5 sunę swoim wehikułem wzdłuż rzeki, w zacinającej mżawce. W zasadzie to nawet nie jest deszcz, a jakby chmura, która zdecydowała się otulić drogę którą jadę - zarówno drzewa, jak i skały opatulone są w mglistą, wilgotną kołderkę.
Gdy w końcu dojeżdżam, miejsce w którym ostatnio łowił Alan jest wolne. Cool, w sumie najciekawsza meta na tym odcinku jest całkiem dla mnie.
Kilka innych ciekawych miejsc znajduje się w niewielkiej odległości w dół, ale obrócenie się tam z muchówką jest trochę ponad moje siły - ze spinem trzeba by się mocno nagimnastykować, a gdzie linka, przypon itd.
Ale, dzisiaj nie muszę się tym martwić. Znalezionym na poprzednim wyjeździe zejściem włażę na plażę z otoczaków, dobre 200m powyżej poola, tym razem uniknę wlezienia im na głowę. Nie wiem na ile ma to znaczenie przy wysokiej, strzelonej wodzie, ale... tak przynajmniej wiem że zrobiłem to dobrze.
Mały research w sieci zaowocował nowymi muchami, a może raczej zmniejszeniem dotychczas używanych much do rozmiaru #10 i #12.
Jak zawsze - mieszanka niebieskiego, srebrnego, jakiś mallard udający teala, trochę tippetsa, czerwona, masywna główka, ew jakaś mucha czerwono czarna, luźno nawiązująca do executionera.
Niestety - pod prąd wieje mocny wicher, dodatkowo przyspieszany przez dziurę pod mostem, kompresującą powietrze. Momentami nie jestem w stanie wyłożyć po backcascie linki do przodu! Nie pomagają nawet wszelkie sztuczki z odświeżonej lektury Lefty'ego Kreha - po prostu wicher mówi NIE.
Ale - nie poddają się. Pływającą linkę wykładam na wodzie i nadrzucając, kombinując - spławiam muchy w poprzek poola.
Bacznie obserwuję koniec linki, ale za każdym razem spływa bez przeszkód.
Czeszę pool od góry do dołu, w przerwach miedzy wichurą posyłam linkę na skraj kamienistej łachy bielącej się otoczakami za mostem.
Kolejne spłyniecie much i ze skraju spokojnej wody jest lekkie przytrzymanie, nerwowe trącenie w muchy. Strip-strike, ale niestety, ryba nie zapina się. Ech, nie tym razem.
Mgiełka zamienia się powoli w totalną nawałnicę. Ściana deszczu połączona z wiatrem szarpiącym wędką, linką i kapturem powodują, że odpuszczam temat i pakuję się do auta. Nad wodę mam 15 minut, mogę zrobić jutro poprawkę, a ma to być przyjemność, nie męczarnia.
Woda z krystalicznie czystej mineralki zamieniła się w dobrą herbatę.
Czyli co, wpadamy do troci na herbatę?
Pewnie!
Zaraz po 5 sunę swoim wehikułem wzdłuż rzeki, w zacinającej mżawce. W zasadzie to nawet nie jest deszcz, a jakby chmura, która zdecydowała się otulić drogę którą jadę - zarówno drzewa, jak i skały opatulone są w mglistą, wilgotną kołderkę.
Gdy w końcu dojeżdżam, miejsce w którym ostatnio łowił Alan jest wolne. Cool, w sumie najciekawsza meta na tym odcinku jest całkiem dla mnie.
Kilka innych ciekawych miejsc znajduje się w niewielkiej odległości w dół, ale obrócenie się tam z muchówką jest trochę ponad moje siły - ze spinem trzeba by się mocno nagimnastykować, a gdzie linka, przypon itd.
Ale, dzisiaj nie muszę się tym martwić. Znalezionym na poprzednim wyjeździe zejściem włażę na plażę z otoczaków, dobre 200m powyżej poola, tym razem uniknę wlezienia im na głowę. Nie wiem na ile ma to znaczenie przy wysokiej, strzelonej wodzie, ale... tak przynajmniej wiem że zrobiłem to dobrze.
Mały research w sieci zaowocował nowymi muchami, a może raczej zmniejszeniem dotychczas używanych much do rozmiaru #10 i #12.
Jak zawsze - mieszanka niebieskiego, srebrnego, jakiś mallard udający teala, trochę tippetsa, czerwona, masywna główka, ew jakaś mucha czerwono czarna, luźno nawiązująca do executionera.
Niestety - pod prąd wieje mocny wicher, dodatkowo przyspieszany przez dziurę pod mostem, kompresującą powietrze. Momentami nie jestem w stanie wyłożyć po backcascie linki do przodu! Nie pomagają nawet wszelkie sztuczki z odświeżonej lektury Lefty'ego Kreha - po prostu wicher mówi NIE.
Ale - nie poddają się. Pływającą linkę wykładam na wodzie i nadrzucając, kombinując - spławiam muchy w poprzek poola.
Bacznie obserwuję koniec linki, ale za każdym razem spływa bez przeszkód.
Czeszę pool od góry do dołu, w przerwach miedzy wichurą posyłam linkę na skraj kamienistej łachy bielącej się otoczakami za mostem.
Kolejne spłyniecie much i ze skraju spokojnej wody jest lekkie przytrzymanie, nerwowe trącenie w muchy. Strip-strike, ale niestety, ryba nie zapina się. Ech, nie tym razem.
Mgiełka zamienia się powoli w totalną nawałnicę. Ściana deszczu połączona z wiatrem szarpiącym wędką, linką i kapturem powodują, że odpuszczam temat i pakuję się do auta. Nad wodę mam 15 minut, mogę zrobić jutro poprawkę, a ma to być przyjemność, nie męczarnia.
- tpe, Sławek Oppeln Bronikowski, @slider@ i 3 innych osób lubią to